Follow on Bloglovin

Zaczynać dobrze z przytupem, a w tym przypadku – od butów.

Kiedy dostałam zamówione przez Allegro czarno-białe buty, krytycznie przejrzałam szafę szukając ubrań w adekwatnych kolorach. Z czarnymi nie było problemu, z białymi trochę, ale ostatecznie udało mi się wypracować efekt, jak z ekranu PRL-owskiego telewizora Szmaragd ;). Pierwszym tropem były czarno-białe spodnie: 



Kolejnym – wysłużona, ale ciesząca się niesłabnącą sympatią właścicielki spódnica, kupiona przed laty w indyjskim sklepie. Jest chyba tylko jeden powód, dla którego nie noszę jej bez przerwy – po każdym założeniu giezło należy od razu uprać, a potem z iście benedyktyńską cierpliwością prasować, prasować, prasować… A następnie można założyć, a potem jak najmniej się poruszać i jak ognia unikać pozycji siedzącej. Ale na cześć nowych butów dziarsko ruszyłam po żelazko i oto efekt:


Stroju dopełniła marynarka, apaszka z żorżety oraz ażurowe rękawiczki. No i oczywiście torebka (a torebki darzę równie gorącym uczuciem, jak buty). Co prawda ta wyłamuje się z zamierzonej surowości barw kolorem waniliowych lodów, ale najważniejsze, że posiada to, co tygrysy lubią najbardziej – nie workowaty, a prosty, geometryczny kształt i porządny pasek, na który nie poskąpiono skóry. Ze świecidełek wybrałam dożywający swoich dni komplet, wisiorek + kolczyki z Avonu, ozdobiony czarną koronką.





Na koniec refleksja o zabarwieniu z lekka vanitatywnym. Buty, będące powodem całego zamieszania, przyleciały do mnie z Anglii, a ich cena obiecywała przynajmniej przyzwoitą jakość. Niestety, bliższe oględziny ujawniły napis Made in China i, jeśli mogę się tak wyrazić, dość plastikowy charakter całości.


buty – baletki Dorothy Perkins
spodnie – Mexx
spódnica – Parvati
torba – Valentina
biżuteria – Avon

Follow on Bloglovin
Pod koniec ubiegłego wieku, bez dostępu do Internetu, galerii handlowych, Vogue’a i szafiarskich blogów, usiłowałam uciec od wszechobecnych dżinsowych spodni oraz kurtek i ubierać się tak, jak mi się podobało.
Czytaj dalej