Follow on Bloglovin


Kwiatki powinny być drobne. Najlepsza będzie fuksja i biel, jeden mały chaber gdzieś z tyłu, bo poza tym nic niebieskiego nie założę. Do tego dużo zieleniny. Wianek i bukiet jak z łąki, żądnych paciorków, wstążek i kwiaciarnianych  sztuczności. Włosy rozpuszczone, może lekkie fale, jeśli uda mi się je wyczarować.

A sukienka musi mieć dekolt odpowiedni do karmienia i szmaragdowy kolor. Powinna być wygodna. I swobodna; wolę wyglądać jak Elizabeth Bennet na spacerze niż dusić się w gorsecie i uważać na krynolinę.

Łatwizna?

Akurat. Poległam już na etapie sukni, dlatego kilka tygodni temu prosiłam o pomoc.

I bardzo dobrze. Co prawda nie wykorzystałam żadnego z podlinkowanych krojów, ale zwiewności zaproponowane przez Panią la Mome zweryfikowały mój pierwszy pomysł:

vintag2

I w ten sposób, zamiast wytwornej sztywności, na swój wielki dzień czeka jedwabna żorżeta, mgliście powiewna i prawie nierzeczywista. Kto wie, dokąd zaprowadzi mnie uszyta z niej sukienka? Do Śródziemia, a może do Fionawaru? Jestem przekonana, że do jasno utkanej opowieści.

Dla szlachetnej tkaniny wybrałam prosty krój, możliwie uniwersalny i nieprzestylizowany. Za to dodatki miały być lekko retro. Chyba taka sugestia dawności bardziej mi pasuje niż stylizacja vintage od stóp do głów. A to refleksja na marginesie poszukiwań stylu, do których zainspirowała mnie, jak zwykle, Maria.

kolaz

Ślubna sukienka, torebka i buty. Wianek to tylko inspiracja.

Budowanie szafy od nowa to katorga. Jedno jest krzepiące – kiedy moja ulubiona klasa dowiedziała się, że potrzebuję sukni ślubnej, dostałam kilka mejli z propozycjami. Wszystkie mieściły się w zakreślonym przeze mnie na blogu kręgu inspiracji wiktoriańsko-, wintydżowo-, gotycko-fantastycznych. I żadna nie była biała. Wynika z tego, że sobie kojarzę się z podobnymi konwencjami, co innym. Na początek dobre i to.

Kompletowaniu ślubnego stroju towarzyszy od początku szczęśliwy traf. Przyjaciółka mojej mamy obiecała mi uszycie sukienki w prezencie ślubnym. Z łatwością znalazłam odpowiednią tkaninę, a przy okazji nieco zweryfikowałam oczekiwania kolorystyczne – ostrą zieleń a’la Pokuta zastąpił subtelniejszy szmaragd.

MPF podarował mi jedwabną satynę na podszewkę, co jest gestem tym szlachetniejszym, że wybrana przeze mnie kreacja niespecjalnie mu się spodobała. Optował za pełną godności suknią na gorsecie. I w tym miejscu uroczyście obiecuję mojemu mężczyźnie, że sprawię ją sobie, jak tylko skończę 40 lat. Po raz drugi.

Kupując buty, wykorzystałam kupon rabatowy, a kiedy przypomniałam sobie o torebce, która kiedyś wpadła mi w oko, znalazłam ją blisko połowę przecenioną. Gdy wreszcie postanowiłam rozejrzeć się za wiankiem okazało się, że dostanę go w prezencie.

b_12_28409

Nierozwiązana pozostaje jeszcze kwestia chusty czy narzutki, którą chciałabym otulić się w kościele. Ale, mając na uwadze dotychczasowe powodzenie, pewnie spłynie mi któregoś dnia na ramiona prosto z nieba.

W tej chwili koncentruję się na wianku i bukiecie. Pomożecie? Ślub już za trzy tygodnie…