Follow on Bloglovin

 

Wwszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób – zdanie otwierające Annę Kareninę mogłoby stanowić motto książki Magdaleny Grzebałkowskiej Beksińscy. Portret podwójny.

IMG_5861

Od czasu do czasu pojawia się w historii kultury rodzina, wokół której buduje się mitologia, a czasem kult. Najwyraźniej widać to na przykładzie historii rodzeństwa Brontë, która –  że pozwolę sobie na filmowy cytat – stała się legendą. A legenda stała się mitem.

Tak jak w przypadku utalentowanych sióstr z Yorkshire, dzieje Beksińskich są wplecione w historię i towarzyszy im lokalny koloryt. A Sanok, będący dla tytułowych bohaterów książki gotyckim labiryntem bez wyjścia, przedsionek Bieszczad – chyba najbardziej nastrojowego zakątka Polski – nie ustępuje jako przestrzeń symboliczna brytyjskiemu Haworth.

IMG_5853

W labiryntowym mieście stał labiryntowy dom, w którym dorasta Zdzisław Beksiński. Przyszły artysta ma za sobą pokolenia przodków związanych z Sanokiem i pewnie – gdyby na drodze nie stanęła tragiczna historia XX wieku – sam przysłużyłby się miastu czymś więcej niż galerią obrazów w sanockim zamku.

W książce Grzebałkowskiej historia jawi się jako fatum, które – niby w greckiej tragedii – determinuje losy ojca i syna. Najpierw II wojna światowa wywraca życie młodego pana do góry nogami. A potem PRL, w którym Beksiński senior – niczym Mistrz Bułhakowa – wegetuje na marionetkowym stanowisku artysty „plastika” w zakładzie założonym przez jego pradziada. A przy jego boku, niestrudzenie jak Małgorzata, czuwa żona Zofia, dla której zabrakło miejsca w tytule książki.

IMG_5841

Jak literacka heroiczna bohaterka drugiego planu – nie maluje, nie tłumaczy, nie prowadzi radiowych audycji i nie chodzi w pelerynie wampira. Jest tylko matką i żoną, bezgranicznie oddaną i bez reszty się poświęcającą. W 1958 roku rodzi jedyne dziecko, o którym Grzebałtowska pisze na okładce swojej książki: Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna.

Opieka nad synem – od pielęgnacji niemowlęcia po gotowanie 30-latkowi – staje się jej wyłącznym udziałem. Po trosze Jokasta, nie chce być Antygoną. Prosi, by syn nie zabił się, póki ona żyje. Ale nigdy nie pokaże mu, w jakim sklepie sklepie kupuje się płyn do zmywania. A dla Tomasza „ludwik” jest tajemniczym eliksirem, należącym do niepojętego świata, w którym nie umie się poruszać.

IMG_58682d

W ten sposób oboje – malarz i matka – stwarzają nieprawdopodobną istotę, XX-wieczne monstrum Frankensteina, które – jak potwór opisany przez Mary Shelley – chce kochać i stworzyć idealną relację, ale odepchnięte ujawnia niewyczerpane pokłady nienawiści i morduje, by potem płakać nad swoją ofiarą.

Mając w pamięci ciepły głos Tomasza Beksińskiego, płynący z radia w sobotnie noce, ze zdumieniem czytałam jego wulgarne i pełne jadu dopiski na liście od byłej dziewczyny. Jako wieczne dziecko pragnął wyłączności w miłości, jako socjopata nie umiał jej dać i stworzyć związku. Czy pragnęłabyś, czytelniczko, być kochana miłością, wyznawaną językiem filmu i muzyki? A czy chciałabyś relacji z mizoginem, który gotów jest kupić ci mieszkanie – jak matce, osobno, choć w pobliżu – i zapewnić status całodobowej opiekunki i kochanki ukrytej przed światem w przytulnej garsonierze?

IMG_5844

W XIX wieku taka relacja nie budziłaby zdumienia. Chyba także dlatego Tomasz apologizował ten czas – w jego wyobrażeniu wiek wyniosłych dżentelmenów w pelerynach, którym noce umilają blade, ciemnowłose femme fatale. I choć w ostatnich latach życia ta stylizacja go zmęczyła, to do końca nie przestał być Dorianem Grayem:

Jest w tobie jad, niegodny, by żyć
Zatrute wino, a portret we krwi
I szukasz, szukasz zła
Przeklęty jak swój cień

Komicznie patetyczny tekst piosenki Abraxas trafnie, jak sądzę, charakteryzuje ich najwierniejszego fana, który był o tyle wzniosły, o ile szyderczy i śmieszny, a tak wrażliwy, jak okrutny.

W otwierającym książkę liście Zdzisław Beksiński pisze, że po samobójstwie syna ukrył jego ostatnie nagranie: Obawiając się, że wszystko zagarnie policja i potem będą to słuchać rozmaici przypadkowi ludzie, i będzie ktoś w oparciu o to robić rozmaite prace habilitacyjne (…).

Na wstępie biografii analizującej najintymniejsze szczegóły życia Beksińskich tego rodzaju wyznanie zyskuje ironiczny wymiar. Można spytać – po co, wobec tego, powstała ta książka, poza dostarczeniem nam perwersyjnej rozrywki płynącej z czytania o cudzej tragedii, która nie jest fikcją?

zdzislaw_beksinski_11

Ten obraz Zdzisława Beksińskiego wisiał nad moim łóżkiem w szkolnych latach.

Dla mnie to przestroga, że muszę kochać syna nie tylko bezwarunkowo, ale także mądrze, aby z miłości nie stworzyć potwora. W tej chwili – gdy moje dziecko od czasu do czasu wymawia pierwsze, nieświadome „ama” – odbieram tę historię bardzo osobiście, choć cień Tomasza Beksińskiego towarzyszy mi od kilkunastu lat.

W liceum chciałam go spotkać i podziękować za noce z gotycką muzyką, stare horrory, Edgara Allana Poe’go i romantyczne opowieści grozy. W tej chwili cieszę się, że tego uniknęłam.

Ale obaj Beksińscy zaznaczyli się we mnie w inny sposób – napisałam pracę magisterską o XVIII-wiecznej powieści gotyckiej i doktorat o wiktoriańskich gotycyzmach. Na egzaminie z romantyzmu zachwyciłam starego, ekscentrycznego profesora, budując analogię między strupiałą ziemią w Odzie do młodości a wizjami Zdzisława. A Tomaszowi – bardzo wiele lat temu – poświęciłam notkę biograficzną na portalu Horror Online, którego redaktorką byłam w czasach, do których przyznałam się w wampirycznym poście. Może, gdyby nie on, pisałabym dzisiaj o Masłowskiej?

beksinscy_zdzislaw-tomasz-zofia_lata60

Rodzina Beksińskich.

Jako szesnastolatka sama chciałam napisać taką książkę. Nie żałuje, że ubiegła mnie Magdalena Grzebałtowska – rzetelny historyk i reporter. Udało jej się uniknąć pułapki uwiedzenia socjopatyczną osobowością Beksińskich.

Pokazała prawdę, jak wyłoniła się z wielu opowieści. Może to właśnie na takie epitafium obaj zasłużyli? Przed laty Tomasz podejrzewał, cytując King Crimson, że Confusion will be my epitaph. Być może miał rację.