Maj 2012

1 articles in Maj 2012
1

Na początku zawsze są słowa. A potem, jeśli to odpowiednie słowa, historia porywa czytelnika i przenosi go w świat, który wydaje się tak prawdziwy, że prawie słychać wiatr na wrzosowisku czy widać gwiazdy nad leśną polaną, na której odpoczywają wędrowcy.

Jeszcze później opowieść się kończy, a po przeczytaniu ostatniej strony niełatwo wrócić do rzeczywistości. A po naprawdę udanej historii czasem pozostaje poczucie osamotnienia. I myśl, że dobrze byłoby wejść do tego świata i choć na chwilę stać się jego częścią.

2

I to właśnie na motywie wędrówki między światami, Cornelia Funke stworzyła cykl trzech powieści (Atramentowe Serce, Atramentowa Krew, Atramentowa Śmierć), które opowiadają o magii pisania, mocy czytania, potędze słów i opowieści, która czasem może potoczyć się w nieoczekiwanym kierunku.

Do pierwszej części Atramentowej Trylogii podchodziłam z nieufnością, ale czułam, że ta historia ma bardzo wiele do zaoferowania. Bohaterowie wydawali mi się zagubieni, jak Ognisty Tancerz o imieniu Smolipaluch, uwięziony w rzeczywistości, do której zupełnie nie pasował. Ale gdy tylko odnaleźli świat utkany ze słów okazało się, że przeznaczono im tam ciekawe, choć czasem nieoczekiwane role.

W świecie wykreowanym przez Atramentowego Tkacza lasy są napisane bardziej dla olbrzymów niż ludzi, w gęstwinie żyją ogniste elfy, błękitne wróżki wiją gniazda, nad miastem góruje książęcy zamek, a po drugiej stronie lasu czai się groza.

IMG_3028

Trylogia przeznaczona jest dla młodych czytelników, ale gdy czytałam ją równolegle z zaprzyjaźnionym 14-latkiem, oboje byliśmy tak samo oczarowani. Nie jest to łagodna opowieść i – jak wyznaje jej kreator – Ta przeklęta historia karmi się łzami. Ale jest w niej tyle piękna, że i tak pozostawia z uczuciem pokrzepienia.

Talent Cornelii Funke wspiera się na wagancko-romantycznej literaturze niemieckiej. W cyklu pobrzmiewają echa pieśni Walthera von der Vogelweide, baśni braci Grimm, ballad Goethe’go, Zbójców Schillera czy Lenory Bürgera. Zanim autorka stała się pisarką, była ilustratorką i do tej pory sama tworzy ilustracje do swoich książek. Pewnie dlatego stworzony przez nią świat jest plastyczny i silnie oddziałuje na zmysły.

3

Tymczasem ja jako ilustracje do Atramentowej Trylogii wykorzystałam majówkowe zdjęcia znad morza. Odpoczynek, swobodny strój i nieskrępowany bieg myśli pozwoliły mi na chwilę odnaleźć alternatywną rzeczywistość, w której może trudno spotkać elfy, ale życie ma zupełnie inne tempo. Zauważyłam też, że są tacy, którzy funkcjonują w tym rytmie na co dzień.

Zanim wejdę na wyższe obroty przenoszę się jeszcze na chwilę do baśniowego-fantastycznego średniowiecza wagantów i zbójców, a Wam przedstawiam bohaterów o niecodziennych talentach:

4

„Czarodziejski Język spojrzał na niego i poprosił:
– Pokaż mi Resę. Tak jak wyczarowałeś z ognia matkę Wiolanty i jej siostry.
Smolipaluch zawahał się.
– No, pokaż! – ponaglił go Czarodziejski Język. – Wiem, że znasz jej twarz prawie tak dobrze jak ja.
„Opowiedziałam wszystko Mo”.
Resa wyznała mu to w lochu Mrocznego Zamku. Wyglądało na to, że nie kłamała.

„Oczywiście, że nie kłamała, Smolipaluchu. Nie potrafi kłamać, tak samo jak mężczyzna, którego kocha”.
Strzelił palcami i począł formować z płomieni postać.
Czarodziejski Język odruchowo wyciągnął rękę i natychmiast ją cofnął, gdy płomienie sparzyły mu palce (…)

(…) – Teraz ty – powiedział Smolipaluch, pozostawiając w powietrzu wyczarowane postacie.
– Co ja?
– Wyczaruj mi Roksanę – chyba nie na darmo zwą cię Czarodziejskim Językiem?
Sójka uśmiechnął się, opierając się plecami o blanki.
– Roksanę? To łatwe – szepnął. – Fenoglio napisał o niej cudowne rzeczy.
Gdy zaczął mówić, jego głos chwycił Smolipalucha za serce. Słowa dotykały jego twarzy, jakby to były ręce Roksany.
– Nigdy dotąd Smolipaluch nie widział piękniejszej kobiety. Jej włosy były czarne jak noc, którą tak kochał. W jej oczach był półmrok, jaki panuje pod drzewami, i połyskujące skrzydła kruka, i oddech ognia. Jej skóra przypominała mu światło księżyca rozlane na skrzydełkach wróżek…

Smolipaluch zamknął oczy i słyszał, jak Roksana oddycha, stojąc tuż obok niego. Chciał, by Czarodziejski Język mówił bez końca, aż słowa staną się ciałem i krwią, lecz słów Fenoglia nie starczyło na długo i postać Roksany zniknęła. (…)

 

„(…) Sójka.
Jeden z żołnierzy wyszeptał to imię, nim Mo przebił go mieczem. Może w ostatniej chwili zdążył jeszcze pomyśleć o srebrze, jakie otrzymałby na zamku w Ombrze za jego zwłoki, więcej srebra, niż żołnierz zdoła zrabować przez całe życie. (…) Byli bez pancerzy. Po co pancerze przeciwko kobietom i dzieciom? (…)

Tak, zabili wszystkich. W chatach panowała przeraźliwa cisza, kiedy zrzucali trupy w przepaść. Wśród nich były ciała ich dwóch towarzyszy, których kości zmieszają się z kośćmi wroga. Nie było czasu na pochówek.
Czarny Książę miał paskudną ranę na ramieniu. Mo obandażował je, jak umiał, podczas gdy niedźwiedź siedział zmartwiony obok. Z jednej z chat wybiegło dziecko, ta sama dziewczynka, która przedtem podwinęła mu rękaw. Z daleka wyglądała rzeczywiście jak Meggie. Meggie, Resa – miał nadzieję, że po powrocie zastanie je śpiące. Inaczej jak by wytłumaczył tę krew? Tyle krwi.

„Kiedyś w końcu noc okryje kirem także dni, Mortimerze” – pomyślał. Krwawe noce, radosne dni. Cudowne dni, kiedy Meggie pokazywała mu to wszystko, o czym na Zamku Żmijogłowego mogła mu tylko opowiadać. Nimfy o skórze pokrytej łuskami, mieszkające w stawach pod wodą, po której powierzchni pływały najpiękniejsze kwiaty, ślady stóp olbrzymów, którzy dawno stąd odeszli, kwiaty śpiewające, kiedy się ich dotknęło, drzewa sięgające niemal nieba, mszanki ukazujące się między korzeniami, jakby dopiero co wylęgły się z kory… Spokojne dni. Krwawe noce.

Zabrali konie, a ślady walki zatarli, jak się dało. W słowach podziękowania, jakimi pożegnały ich kobiety, wyczuwało się lęk. Zobaczyły na własne oczy, że ich dobroczyńcy potrafią tak samo sprawnie zabijać jak ich prześladowcy. (…)”