Styczeń 2011

1 articles in Styczeń 2011
 
 
Marzenia się spełniają. Od czasów licealnych życzyłam sobie mieć bardzo długi, czarny płaszcz. Z prostym kołnierzykiem, rozszerzanymi rękawami i dołem, zapinany na guziki, z miękkiej skóry.
Marzenie musiało poczekać na realizację aż do ubiegłorocznej jesieni, kiedy to ulubiona krawcowa bez wahania zgodziła się taki uszyć. Do dawnych wyobrażeń dołożyłam lekko empirowy krój, zainspirowała bajecznymi kreacjami Abbie Cornish jako Fanny Brawne w filmie Jaśniejsza od gwiazd.
Krój płaszcza, delikatnie wystylizowany na modę przełomu XVIII i XIX wieku, a przede wszystkim parszywa ostatnimi czasy pogoda – mżawka, ciężkie, stalowe niebo i dojmujący wiatr, skojarzyły mi się z klimatem najpopularniejszej w tej chwili powieści wiktoriańskiej, czyli Wichrowych Wzgórz Emily Brontë.
 
XIX-wieczne recenzje książki podsycały wokół powieści aurę skandalu. Gwałtowność opisanych przez pastorównę z Haworth uczuć, rewolucyjna wymowa obyczajowa i społeczna, frenezja, przemoc, pozamałżeńska namiętność, wszechobecna śmierć oraz kreacje najbardziej wyrazistych bohaterów – androginicznej Katarzyny Earnshaw i lucyferycznego Heathcliffa – wszystko to było ponad wytrzymałość wiktoriańskich czytelników i recenzentów, wyrażających się o utworze w słowach najsurowszej krytyki (np. zbyt obrzydliwie i ohydnie pogańska, aby była możliwa do przełknięcia dla najbardziej nawet zepsutych angielskich czytelników).

W XX wieku doceniono pisarski warsztat Emily, która wprowadziła do swojej jedynej powieści kilkoro narratorów i stworzyła nowoczesną realizację szkatułkowej narracji, kunsztownie wykorzystując poetykę powieści gotyckiej, wiktoriańskiej powieści obyczajowej i społecznej oraz antropologię romantyzmu. 

Skromnej pannie z prowincji udało się zatem stworzyć nie tylko powieść, która okazała się – z perspektywy czasu – antycypacją nowoczesnego powieściopisarstwa, ale także dzieło, które od połowy XIX wieku uwodzi czytelników klimatem wietrznych wrzosowisk, na tle których rozgrywa się jedna z najniezwyklejszych i najokrutniejszych historii miłosnych, jakie ma do zaoferowania europejska powieść.

Zresztą oceńcie sami:
„Przewodnią myślą mojego życia jest on. Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po prostu nic wspólnego. Moja miłość do Lintona jest jak liście w lesie. Wiem dobrze, że czas ją zmieni, tak jak zima zmienia wygląd lasu. Moja miłość do Heathcliffa jest jak wiecznotrwała ziemia pod stopami, nie przykuwa oka swoim pięknem, ale jest niezbędna do życia. Nelly, ja i Heathcliff to jedno. Jest zawsze, zawsze obecny w moich myślach – nie jako radość, bo i ja nie zawsze jestem dla siebie radością, ale jak świadomość mojej własnej istoty.” „- Życie jej zakończyło się jak łagodny sen – oby tak samo łagodnie przebudziła się na tamtym świecie!– Oby przebudziła się w męczarniach! – krzyknął z niepohamowaną pasją tupiąc nogą i jęcząc. – Kłaniała aż do końca! Gdzie ona jest? Nie tam, nie w niebie, nie przepadła… więc gdzie? Mówiłaś, że moje cierpienia są ci obojętne. O jedno będę się modlił, póki mi język nie zesztywnieje: Katarzyno Earnshaw, obyś nie zaznała spoczynku tak długo, jak ja żyję. Powiedziałaś, że cię zabiłem, stań się więc nawiedzającym mnie upiorem. Duchy zamordowanych prześladują po śmierci zabójców. Ja wierzę, ja wiem, że upiory chodzą po ziemi. Pozostań przy mnie na zawsze – przybierz, jaką chcesz, postać – doprowadź mnie do obłędu, tylko nie zostawiaj mnie samego w tej otchłani, gdzie nie mogę cię znaleźć! O, Boże! To się nie da wypowiedzieć! Nie mogę żyć bez mego życia. Nie mogę żyć bez mojej duszy!”

„(…) Zdawało mi się, że wstałem, aby otworzyć okno. Hak był wlutowany w skobel, co zauważyłem na jawie, a o czym we śnie nie zapomniałem. – Jednakże muszę z tym zrobić porządek – mruczałem uderzając pięścią w szybę i sięgając po natrętną gałąź. Ale zamiast gałęzi palce moje pochwyciły paluszki drobnej, lodowato zimnej dłoni.

Ogarnęła mnie straszliwa groza, właściwa upiornym snom. Próbowałem cofnąć rękę, ale dłoń trzymała ją mocno, a żałosny głos wołał wśród łkań: – Wpuść mnie! Wpuść mnie! – Ktoś ty?! – zapytałem nie przestając się szamotać. – Katarzyna Linton – odpowiedział drżący głos.

 

(…) W tym momencie ujrzałem za oknem niewyraźną dziecinną twarzyczkę. Trwoga uczyniła mnie okrutnym. Nie mogąc wyrwać się zjawie, przyciągnąłem jej dłoń do rozbitej szyby i jąłem nią trzeć o szkło, aż krew się polała i skropiła obficie pościel. Ale płaczliwe – Wpuść mnie! – nie cichło, a uparte palce nie puszczały, co mnie doprowadzało do szału trwogi.

(…) Heatcliff stał koło wejścia w spodniach i koszuli, że świecą kapiącą mu na palce, blady jak ściana za jego plecami. Za pierwszym skrzypnięciem łóżka zatrząsł się jak rażony prądem i świeca wypadła mu z ręki. Był tak wstrząśnięty, że nie mógł jej od razu podnieść.– To tylko ja, pański gość! (…) w tym pokoju straszy. (…)

Gdyby ta mała diablica wepchnęła się oknem, byłaby mnie zapewne udusiła (…) Katarzyna Linton czy Earnshaw, czy jak jej tam? – jakiś podrzutek zapewne – jakiż to musiał być latawiec za życia! Powiedziała mi, że obija się po świecie od dwudziestu lat. Nie wątpię, że dobrze sobie zasłużyła na tę karę.(…) wyszedłem z pokoju. Nie wiedząc, dokąd prowadzą wąskie korytarze, stanąłem cicho opodal drzwi. Z tego miejsca byłem mimowolnym świadkiem dziwnego zachowania się mego gospodarza. Zachowanie to mogło wzbudzić wątpliwości co do jego zdrowego rozsądku.

Wszedł na łóżko i zanosząc się od płaczu otworzył jednym szarpnięciem okno.– Wejdź, wejdź! – wołał wśród łkań. – Katy, proszę cię, wejdź! Wejdź jeszcze raz! O moja najdroższa! Wysłuchaj mnie wreszcie, Katarzyno! Zjawa, zgodnie ze swą kapryśną naturą, nie dała znaku życia, tylko gwałtowny podmuch śnieżycy dotarł aż do mnie i zgasił światło.” 

 

A w następnym poście, po raz pierwszy w Szmaragdowie, opowiem trochę o pewnej grze….