Lipiec 2010

2 articles in Lipiec 2010


Bluzka – Marks&Spencer
Spódnica – Reserved
Sandałki – Ecco

Popadanie w zachwyt nad samą sobą jest nie tylko śmieszne, ale i bywa niebezpieczne. Mimo to, oglądam dzisiejsze zdjęcia z zadowoleniem najedzonego kota wygrzewającego się przed kominkiem.


By choć trochę przystopować z autoafirmacją przypominam sobie główną bohaterkę wspaniałej powieściowej satyry Williama Makepeace’a Thackeray’a „Targowisko próżności”.
Becky Sharp, pierwszoplanowa postać tej „powieści bez bohatera”, to osóbka sprytna, urocza, gdy może się to okazać dla niej pożyteczne, nie mająca umiaru w zachwycie nad własną urodą, inteligencją, wykształceniem i rozmaitymi talentami.



Podziw dla siebie, w połączeniu z pogardą dla innych i całkowitym brakiem poczucia humoru, czyni z Becky pozbawioną serca egoistkę, po trupach dążącą do z góry upatrzonego celu, jakim jest zapewnienie sobie majątku i pozycji – dwóch rzeczy, których hojny pod względem przymiotów urody i umysłu los pozbawił „małą awanturnicę” z wiktoriańskiej Anglii.


Na swoje usprawiedliwienie Becky ma tylko poczucie klasowej niesprawiedliwości oraz racjonalne przeświadczenie, że w wielkim świecie pozorów, w którym bez chwili wahania rujnuje się przyjaciół, za sprawą których wcześniej osiągnęło się sukces, a para luksusowych spinek jest cenniejsza od szczerej miłości, kłamstwo i intryga stanowią bron tyleż skuteczną, co powszechną.


Polecam Wam samodzielnie zapoznanie się z zielonooką Becky Sharp i sprawdzenie, czy i na ile powiodła się jej prywatna rewolucja, podczas której gotowej na wszystko guwernantce udało się wywołać sporo zamętu.

Nawet nie zauważyłam, kiedy na początku lipca Szmaragdowo skończyło roczek. Co prawda, nigdy nie byłam najlepsza w zapamiętywaniu dat urodzin, rocznic itp., ale szafiarski blog to nie byle co – a tu święto przepadło. A akurat proponowano mi promocję pewnego gatunku herbaty i niefortunnie odmówiłam, bo herbatki preferuję zupełnie inne. Miałabym urodzinowy konkurs ze sponsorowanymi nagrodami, a tu klops, mogiła, konkursu nie będzie.

Ale z okazji okrągłej rocznicy pozwalam sobie na innego rodzaju akt propagandowy – zareklamowanie dbania o zdrowie.

Chłodny (kiedy to było?!) wieczór na plaży:

Promocja zdrowia podoba mi się pod każdą postacią. A choć nie zakończę dziś cytatem z Mickiewicza ani Kochanowskiego, to przypomnę na koniec sobie i Wam wspomnienia Magdaleny Samozwaniec, która w Marii i Magdalenie opisywała młodopolską modę na wychudzone gruźliczki. Nikt nie cieszył się w pierwszych latach ubiegłego wieku takim powodzeniem, jak piękności z ceglastymi wypiekami i oczami błyszczącymi gorączką. Te więdnące lilie słaniały się wdzięcznie na zakopiańskich ulicach i tuzinami umierały w pensjonatach, pociągając za sobą, kogo się tylko dało (jak wspomina autorka, zdrowym dawano wówczas te same talerze i sztućce, z których jedli chorzy, wszyscy spotykali się przy jednych stołach i spali w tych samym łóżkach).
Wraz z dwudziestoleciem międzywojennym dotarła do nas kultura zdrowia i sportu, a panny, zamiast kaszleć i umierać, jeździły na nartach i wędrowały w góry.

Dziś, choć moda na zdrowie jest niezaprzeczalna, to wciąż pojawiają się takie zjawiska, jak  heroinowy szyk na wybiegach, pro ana czy – z drugiej strony – radosna afirmacji otyłości, razem z miażdżycą i cukrzycą.

Dlatego czuję się usprawiedliwiona.