Kwiecień 2010

1 articles in Kwiecień 2010


Co prawda, w moim przypadku jest to imię dopiero nr 3, ale za to jedyne, jakie wybrałam sobie samodzielnie.

Jest to także imię bohaterki kolejnej powieści Isabel Allende, z którą chciałabym Was zapoznać, Ewy Luny. Dokonana przez chilijską powieściopisarkę apologia życia i siły opowieści najlepiej smakuje wiosną, kiedy podczas lektury można wylegiwać się w pięknych okolicznościach przyrody.

Niestety, kiedy wytęskniona pora roku stoi w progu, ja mam akurat najwięcej do zrobienia w ciasnych i dusznych pomieszczeniach gabinetów, sal wykładowych, bibliotek itp. A na obserwację tych wszystkich cudowności na ziemi i niebie zostaje mi mniej czasu, niż bym sobie życzyła. Stąd także blogowe ubóstwo, które przykrywam migawkę z weekendowego spaceru w stylu boho.Oswajam wiosnę odcieniami zieleni i czekam na majowy weekend.


A na zachętę fragmenty opowieści Ewy Luny:

„Nazywam się Ewa, co według pewnej książki, jaką posłużyła się moja matka, wybierając dla mnie imię, znaczy życie.

Urodziłam się w najdalszym pokoju mrocznego domu i wzrastałam wśród staroświeckich mebli, łacińskich książek i ludzkich mumii, choć nie wpędziło mnie to w melancholię, bo przyszłam na świat z zapisanym w pamięci tchnieniem puszczy. Mój ojciec, Indianin o żółtych oczach, pochodził z miejsca, w którym łączy się sto rzek, pachniał lasem i nigdy nie spoglądał prosto w niebo; wychował się pod koronami drzew i światło wydawało mu się nieprzyzwoite. Consuelo, moja matka, spędziła dzieciństwo w legendarnej krainie, gdzie poszukiwacze przygód od wieków wypatrywali owego miasta ze szczerego złota, które ujrzeli niegdyś konkwistadorzy w bezmiarze własnej zachłanności. Krajobraz tych stron odcisnął na niej swoje piętno, a ona, w sobie tylko znany sposób, zdołała przekazać je mnie.”
 

„Wspinał się na szczyty Andów ryzykownymi drogami, sprzedając towary w osadach, gdzie powietrze było tak czyste, że o zmierzchu widywało się anioły, pukał do wszystkich drzwi wzdłuż całego wybrzeża, zanurzony w parnym upale sjesty, zlany potem, rozgorączkowany z powodu wilgoci, zatrzymując się co jakiś czas, żeby pomóc iguanom, których łapy grzęzły w roztopionym przez słońce asfalcie. Przemierzał wydmy, żeglując bez busoli po morzu ruchomych piasków, nie oglądając się za siebie, by pokusa zapomnienia nie zmieniła mu krwi w czekoladę. Dotarł wreszcie w kwitnące niegdyś okolice, gdzie rzekami pływały dawniej łodzie wyładowane pachnącym ziarnem kakao. Dostatek skończył się tu wraz z odkryciem ropy naftowej – ziemie te popadały w ruinę pod naporem puszczy oraz w wyniku ludzkiego niedbalstwa. Zakochał się w tym krajobrazie. Wędrował przepełniony wdzięcznością, a rozglądając się oczarowanym wzrokiem, wspominał własną ziemię, twardą i wyschniętą, gdzie trzeba było wytrwałości mrówki, żeby wyhodować pomarańczę, w przeciwieństwie do tej tak obfitej w owoce i kwiaty niczym raj, który cudem uchował się przed złem.”