Listopad 2009

3 articles in Listopad 2009

Ćwiczeń z Canonem ciąg dalszy – powyżej mój prywatny faworyt, jeśli idzie o
ulubiony duet:
nowy świetny aparat – początkujący utalentowany fotograf.

Trzymam w dłoni malutki tomik wierszy Sergiusza Jesienina. Ostrzegam lojalnie, że za chwilkę będę cytować, choć wstydliwie. Zajmując się od kilku lat antropologią powieści (a to gatunek zasadniczo dialogiczny, egalitarystyczny, emancypacyjny itp. itd.) nauczyłam się podejrzliwie patrzeć na monologową poezję. Może i poetyzować nie wypada, ale z okazji końca listopada…
I faktu, że tocząca się na antenie radiowej Trójki rozmowa o spektaklu Janusza Głowackiego „Jesienin”, granym w teatrze Ateneum w Warszawie, umiliła nam podróż autostradą A2. Ta sympatyczna dróżka zaprowadziła wcześniej do pięknego, choć zaniedbanego zamku Kórnik, pałacu w Rogalinie ze wspaniałą galerią XIX-wiecznego malarstwa (zrządzenie losu dla Emnildy – Moja Droga, masz pod nosem takie bogactwo modernistycznych femmes fatales Axentowicza i innych, a nic się nie chwaliłaś!), wreszcie – do Poznania, gdzie pragnąc dotrzeć do starego rynku, z iście szafiarskim wyczuciem skręciliśmy wprost do Starego Browaru ;).


Szmaragda w wydaniu jesienno-spacerowym:
Płaszczyk – podarunek od Magdy z Krakowa (czekam na Twój szafiarski blog!)
Chusta – Parvati

Bluzka – H&M

Spódniczka – Parvati

Zwariowane rokokowe buty (wiem, takie w oświeceniu nosili faceci 😉 – sh

Torebka – Venezia (reklamacja uznana, ekspres naprawiony)


Przyznam, że pierwszym skojarzeniem z odwiedzonym zamkiem były oświeceniowe powieści gotyckie, ale pełne wzniosłości opisy przesłoniłyby skromną urodę zamku, któremu brakło troskliwej ręki państwa Darcych czy innych Walpole’ów. Choc może brytyjskie gotyckie cudeńka też lepiej podziwiać w kinie i w albumach, był ktoś i widział?
Z przekory nie zacytuję także najsławniejszej polskiej Kórniczanki, a właściwie Bninianki, skoro, jak stało w albumie przeglądanym w lokalnej restauracji, żaden prawdziwy Bninanin nie powie o sobie, że jest z Kórnika. :)

Kocham moją odzyskaną torebkę, czerwone buty i prześwietlone zdjęcia


A najbardziej słońce w listopadzie!

A teraz Jesienin:

Otwórzcie mi, stróże anieli,
Błękitne podwoje dni!
O północy anioł w bieli
Z moim wiernym koniem znikł.

Koń mój Bogu niepotrzebny!
Koń mój — siła ma i moc!
Słyszę: gryzie łańcuch srebrny,
Rży radośnie w głuchą noc.

Widzę: pędzi wśród zamieci,
Targa gniewnie gruby sznur.
Jak z miesiąca z niego leci
Sierść bułana w kłęby chmur.

Poetów najbardziej lubię wówczas, kiedy ze sobą rozmawiają. W dialogu z Jesieninem spotyka się jego tłumacz, Władysław Broniewski:

Nocny gość

Dlaczego pukasz do okien
nocą, gdy spać nie mogę?
Dlaczego ciężkim, powolnym krokiem
budzisz skrzypiącą podłogę?
A potem stajesz koło mnie,
a potem siadasz przy mnie –
oczy masz białe, ślepe i ogromne,
ręce masz zimne.
Pokazujesz mi plamę wilgotną,
ten ciemny ślad na koszuli,
i każesz mi ręką dotknąć,
i każesz do ust przytulić…
I znowu, i znowu, i znowu
stąpasz przez puste mieszkanie,
szalone, czerwone słowa
krwią wypisujesz na ścianie.
Ach, w oczach mi coraz ciemniej,
ach, coraz boleśniej w piersi –
odejdź, odejdź ode mnie,
nie pisz na ścianie tych wierszy!
Ja je znam, ja je dobrze pamiętam,
jak dziecię umarłe, pieszczę
wiersze okrutne, wiersze przeklęte,
słowa trumienne, złowieszcze.
Nie umiałeś ich zgubić, zapomnieć,
poszukać jaśniejszych, milszych –
a teraz nocą przychodzisz do mnie
i patrzysz na mnie, i milczysz…
A kiedy odejdziesz nad ranem,
oczy bezsenne będą bardzo boleć,
wtedy zobaczę zdjęty sznur od firanek
i otwartą brzytwę na stole.

A na koniec, o tzw. samobójstwie Jesienina, Jacek Kaczmarski:

Znajoma Rosjanka nad kieliszkiem twierdzi,
Że poeta – poetą staje się po śmierci.
– Śmierć samobójcza pasuje poecie –
Mówi pokazując Jesienina zdjęcie
Po zdjęciu z pętli. Ale twarz poety
Jak każda twarz martwa wygląda niestety.
Śmierć jakakolwiek – to zrządzenie boskie.
Lecz w Związku Radzieckim pismem wielbić Rosję
To w latach dwudziestych igranie ze zgonem,
Gdy płomienie nadziei stawały się płonne,
Najcichsze słowo mogło zrodzić zemstę
A sam fakt życia stawał się przestępstwem.
Więc przypuszczenie myśl nieufną biesi:
Może Jesienin sam się nie powiesił…
Nim sakwojaż w paski pociął miast powroza
Ręką – potem białą – jak rosyjska brzoza,
Nim sprawdził, czy wytrzyma ciężar tak ogromny
Decyzji – mówią, że już był nieprzytomny.
Skąd rany na twarzy, jakby pisał czołem
Schylonym po śmierci nad odległym stołem?
Skąd ślady na ciele po pobiciu sine,
Jakby miał się bronić przed swym własnym czynem?
Ktoś musiał mu pomóc w przejściu w nieśmiertelność
W zamian za nieobecność w tym, czym jest codzienność…
Lecz znajoma Rosjanka macha na to ręką:
Zbrodnia dla niej – zwykłością, samobójstwo – męką.
Dać się zabić to klęska, słabość i pokora,
W samobójstwie poety – czyn i metafora!
Więc szepcze: „Gałubczik, tyś moim Sergiuszkiem…”
I wisi Jesienin. Wisi nad jej łóżkiem.

No właśnie!
Uwaga, cytując poetów w żadnym razie nie zachęcam do naśladowania ich zgubnego stylu życia, manieryzmów i nałogów.


Kórnik

Następny przystanek: Rogalin.

Bluzka – Dorothy Perkins
Skórzana kamizelka – sh
Spódniczka – Esprit
Buty – Davos
Apaszka – z zimna zamieniona na futrzany szalik
Tragiczna krwawa torebka – Venezia
Szmaragda – przeziębiona
 

Wśród szafiarek wysyp postów tematyczno-fotograficznych. Ryfka dostała Nikona D3000, Baglady dostała Nikona D3000, a Szmaragda dostała Fotografa z Canonem 500d i wie z najpewniejszego źródła, że sprzęt ów bije Nikony na głowę 😉 . Z tego powodu ogłaszam, że w Szmaragdowie nie będzie więcej fotek komórką cykanych – odtąd, miłe Panie, tylko prawdziwe sesje. Będę wdzięczna za wszystkie komentarze tyczące się nie tylko strojów i książek, ale i zdjęć. Proszę przy tym pamiętać, że my się dopiero uczymy. Przed Wami podwójny debiut – Ja w roli modelki, On w roli fotografa; Canon w roli bohatera, nowa torebka z Venezii w roli szarej eminencji.

 

Torebka miała być motywem przewodnim sesji. Kupiłam ją w Venezii w Galerii Krakowskiej (gdzie zawędrowałam w deszczu i mgle urwawszy się niecnie z konferencji naukowej) i przeznaczyłam na torebkę jeśli nie mojego życia, to przynajmniej dekady. Nabyta we wtorek, już w sobotę odwdzięczyła mi się zepsutym suwakiem i została oddana do sklepu, tym razem w łódzkiej Manufakturze. Trzymajcie kciuki za uznanie mojej reklamacji i rozważcie trzymanie się z daleka od Venezii, która za wygórowaną cenę oferuje towary nie takiej znów świetnej jakości, jakiej można by oczekiwać. 
Wśród szafiarek wysyp postów tematyczno-fotograficznych. Ryfka dostała Nikona D3000, Baglady dostała Nikona D3000, a Szmaragda dostała Fotografa z Canonem 500d i wie z najpewniejszego źródła, że sprzęt ów bije Nikony na głowę. :)
Z tego powodu ogłaszam, że w Szmaragdowie nie będzie więcej fotek komórką cykanych – odtąd, miłe Panie, tylko prawdziwe sesje. Będę wdzięczna za komentarze tyczące się nie tylko strojów i książek, ale i zdjęć. Proszę przy tym pamiętać, że my się dopiero uczymy.
Przed Wami podwójny debiut – Ja w roli modelki, On w roli fotografa; Canon w roli bohatera, nowa torebka z Venezii w roli szarej eminencji.

W oczekiwaniu na kolejną sesję dzielę się jednym jedynym zdjęciem zrobionym jakiś czas temu podczas króciutkiej wizyty w jednym z najbardziej literackich miast Europy.

Myślę, że palmę pierwszeństwa powinien dzierżyć Londyn, ale, póki co, jeszcze mnie tam nie zaniosło. A odwiedzone i uwiecznione na fotografii miasto w niczym nie ustępuje brytyjskiej stolicy.



Podróż sentymentalna dotyczy, po pierwsze, powszechnie kojarzonych z tym miastem tekstów literackich, które kiedyś czytałam z wypiekami na twarzy, a teraz sądzę, że za ponowną lekturą, ktoś musiałby mi sporo zapłacić. Mam tu na myśli np. „Golema” Meyrinka z 1915 roku.

Po drugie, z nostalgią oglądam na fotografii najbardziej szafiarski akcent, czyli ukochaną czerwoną spódnicę, której nie ma już wśród nas.

I z miastem, i ze sfotografowanym miejscem wiąże się tyle tekstów literackich, że cytaty można liczyć na kopy. Ale, przekornie, pomijam całą literacką klasykę i prezentuję Wam fragment powieści dla młodzieży z cyklu „perełki mojego dzieciństwa”.

Kto odgadnie z jakiej książki pochodzi legenda o rabinie i czarownikach?

„Pewnego dnia, mówi legenda, do słynnego cudotwórcy i maga, rabina Jehudy Löwego ben Becalel, zwanego reb Löwe, człowieka znanego z wielkiej mądrości i uczciwości, zgłosiło się dwóch czarnoksiężników. Posiadali oni woreczek bezcennych klejnotów, który służył im do leczenia i wyrobu przeróżnych amuletów. Jednego z czarnoksiężników oczekiwała daleka podróż czy też jakieś wielkie kłopoty, a że obydwaj czarnoksiężnicy nie mieli do siebie zaufania, zdecydowali się na czas nieobecności jednego z nich złożyć woreczek z klejnotami w ręce rabina Löwe. Co zrobił reb Löwe? Po trzech dniach namysłu wezwał do siebie obu magów, odebrał od nich woreczek z klejnotami i wręczył im dwie połówki tego samego przedmiotu. „Gdy zgłosicie się do mnie z tymi dwiema połówkami — powiedział im — wówczas wydam wam woreczek”. Magowie zapytali: „A co będzie, rebe, jeśli przyjdziemy dopiero wtedy, kiedy ty już żyć nie będziesz? Nikt przecież nie jest nieśmiertelny”. Reb Löwe odparł: „Jeśli przyjdziecie do mnie z dwiema połówkami, wydam wam woreczek z klejnotami. Jeśli żyć nie będę, przyjdźcie po klejnoty do mojego grobu”. Tak odrzekł reb magom i ta odpowiedź przypadła im do gustu. Była w stylu tamtych lat, pełna tajemniczości i zagadkowości. Legenda ta jest przytaczana jako przykład mądrości rabina Löwe. Żaden z magów nie mógł bowiem sam odebrać klejnotów, potrzebny był wspólnik z drugą połówką przedmiotu. Klejnoty więc zostały znakomicie zabezpieczone.”