Październik 2009

3 articles in Październik 2009

Z uwagi na świętowany przez szafiarki Międzynarodowy Dzień Spódnicy (pewien młody człowiek usłyszawszy tę nazwę przy śniadaniu prawie udławił się kawą 😉 ) prezentuję cudo konfekcyjne nabyte podczas którejś tam edycji festiwalu Dojrzewalni Róż „Progressteron” (dawniej. Teraz, odkąd kompletnie powariowali z cenami, bojkotuję tę skądinąd sympatyczną imprezę i rozwijam się o własnych siłach).

Spódnica jest jedwabna, kopertowa i bajecznie wielokolorowa, czego niestety nie oddają komórkowe zdjęcia, zrobione podczas weekendowego spaceru.

Lubię ją za dwuwarstwowość (stanowi de facto dwie spódnice, jest zatem spełnionym marzeniem szafiarki z niedużą szafą 😉 ), nie lubię za długość, w której wyglądam w najlepszym razie możliwie.

Spacer, na który zabrałam spódnicę, miał cel w Łódź Art Center, gdzie odbywa się polecana przez Vintage Girl impreza Łódź Design Festiwal 2009. I prosto z stamtąd – prywatny hit festiwalu: latająca lampa.
Chcę taką!

Projekt eko-szafiarstwa?
Sukienka z surowca, jak widać, wybitnie wtórnego. Mnie nie przekonuje. A czy w ogóle kogoś?

Dla mnie rewelacja – od dzieciństwa uwielbiam wszelkie miękkie i ciepłe w dotyku materiały (nie znoszę śliskiej skóry, kocham zamsze :). Tak, kiedyś tuliłam się do pluszowych zasłon. Tak, teraz chcę kubek z „miłym” aksamitnym uszkiem i spodem.

Niestety poza tym festiwal mnie zawiódł. Może to impreza dla koneserów, dostrzegających filozofię w kształcie krzesła, a może po prostu dochodzi do głosu stary, dobry relatywizm.


I wreszcie gwiazda parku, przebijająca i spódnicę, i dzieła designu. Trudno było od niej oderwać wzrok. Ulubione zwierzątko Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, piszącej:

Drzewny pajacyk, Florek, wiewiórka
O oczach Włocha, a brzuchu Turka,
O uszach diabła, ruchach wariata,
Komik, filozof i akrobata,


Jak wspomina siostra poetki, Magdalena Samozwaniec, Pawlikowska zrobiła furorę na Francuskiej Riwierze, gdzie przedwojenne damy lubiły pokazywać się z domowymi zwierzakami – królowały, oczywiście, psy.
Gdy poetka wychodziła na spacer z Sorkiem, siedzącą jej na ramieniu oswojoną wiewiórką, wszystkie kobiety bladły z zazdrości.
Parkowa ruda kita nie miała zamiaru dać się oswoić i stanowić dodatek do stroju.
Nici z lansu.
–>
Wiktoriańska sukienka jest uszyta z grubej, ciężkiej i niezbyt miłej w dotyku tkaniny – można ją nazwać prawdziwie purytańską (z pewnością ciało nie doznaje przyjemności podczas jej noszenia).

Pierwotnie czekałam z tym postem na Dzień Edukacji Narodowej (w tym także mój), ale nie wyszło. Zatem premiera stroju angielskiej guwernantki dopiero dziś i od razu uprzedzam – nie nauczam w takim stroju. Suknia zakładana przeze mnie niezbyt często – byłyśmy razem na kilku teatralnych premierach, balecie w Teatrze Wielkim i koncercie poezji śpiewanej. Pasowałaby jeszcze, jak sądzę, na Castle Party i zlot miłośników twórczości Terry’ego Pratchetta.

Dla mojej własnej przyjemności i dla Mademoiselle Emnildy, która napisała mi, że „Dziwne losy Jane Eyre” to jej ulubiona powieść wiktoriańska, przedstawiam stylizację mocno zainspirowaną wiktorianizmem.


 Najbardziej dumna jestem z wysokich, sznurowanych butów guwernantki. W XIX wieku nosiły takie cudeńka dziewczynki (pamiętacie, jak mała Emilka Byrd Starr zdejmowała buty przed domem i biegała boso, aż kiedyś zapomniała je założyć i pokazała się bez bucików ciotce Elżbiecie?) uczennice-pensjonarki, nauczycielki itp.

Chodzi w nich także Susan Sto Helit – najlepsza nauczycielka Świata Dysku (a kiedy staje się Wnuczką Śmierci, samoistnie wydłużają się jej obcasy).


 
By podkreślić suknię i surowy charakter stroju przyzwoitej, protestanckiej nauczycielki, zrezygnowałam z ozdób we włosach i na szyi. Przemyciłam tylko bardzo skromne (jak na mój gust) kolczyki, choć nie pamiętam, by Jane nosiła coś w uszach. Niby skąd?
 
W brzezinie, z braku odpowiednio wietrznego i melancholijnego wrzosowiska w najbliższej okolicy
A teraz, miłe panie, możemy uczyć się od wiktoriańskiej guwernantki skromności, racjonalności i rzadkiego talentu obchodzenia się z mężczyzną:
„Napisałem dziś rano do mojego bankiera w Londynie, by przysłał mi pewne klejnoty, które ma w przechowaniu, dziedzictwo dla pań na Thornfield. Za dzień lub dwa, mam nadzieję, będę ci je mógł wysypać na kolana, gdyż każdy przywilej, każdy hołd, który bym złożył u stóp córki para, gdybym się z nią ożenił, będzie twoim.
– O, dajmy pokój klejnotom! Nie lubię słuchać, gdy się o nich mówi. Klejnoty dla Jane Eyre to brzmi tak nienaturalnie i dziwnie; wolę ich nie mieć.
– Sam ci założę kolię brylantową na szyję i diadem nad czołem, gdzie będzie odpowiedni, gdyż natura sama wycisnęła piętno szlachectwa na tym czole, Jane; i zapnę bransolety dokoła tych delikatnych rączek, i obciążę te drobne paluszki pierścionkami.
– Nie, nie! Niech pan myśli o czym innym i mówi o czym innym i w innym tonie. Niech pan nie przemawia do mnie, jak gdybym była pięknością; jestem tylko skromną kwakierską nauczycielką.
– Jesteś pięknością w moich oczach, pięknością wedle pragnień mego serca; delikatną i powiewną. (…) Ubiorę moją Jane w atłasy i koronki i będzie nosiła róże we włosach; i nakryję jej ukochaną głowę bezcennym welonem.
– A wtedy mnie pan nie pozna i nie będę już pańską Jane Eyre, lecz małpką w kurtce arlekina, lekkomyślną kobietką przystrojoną w cudze piórka. Równie przykro byłoby mi widzieć pana w aktorskim przebraniu, jak siebie w dworskiej toalecie; i nie nazywam pana ładnym, choć kocham pana tak gorąco, o wiele za gorąco, by panu pochlebiać. (…) Przez bardzo krótki przeciąg czasu będzie pan może taki jak teraz; przez bardzo krótki przeciąg czasu. A potem pan ostygnie; a potem stanie się pan kapryśny; a potem będzie pan poważny i surowy, a ja będę miała dużo kłopotu chcąc panu dogodzić. Gdy się pan jednak dobrze do mnie przyzwyczai, może mnie pan znów polubi – polubi, mówię, nie pokocha. Przypuszczam, że miłość pańska wypali się w sześć miesięcy, może prędzej. Czytałam w książkach pisanych przez mężczyzn, że to najdalszy kres, do jakiego sięga zapał miłosny męża. Jednak mam nadzieję, że jako przyjaciółka i towarzyszka nigdy nie stanę się niemiła mojemu drogiemu panu.”

 

„Pan Rochester zaprowadził mnie do sklepu z jedwabiami; tam kazał mi wybrać materiały na pół tuzina sukien. Czułam się w najwyższym stopniu nieswojo, prosiłam, żeby można odłożyć tę sprawę; lecz nie; chciał, by zaraz teraz ją załatwić.Błagając energicznym szeptem, zdołałam wytargować, że zamiast sześciu będą dwie, te jednak postanowił sam wybrać. Z niepokojem widziałam, że oko jego błądzi wśród jaskrawych kolorów; wybrał nareszcie jedwab pięknego ametystowego odcienia i wspaniały różowy atłas.
Energicznym szeptem oświadczyłam mu wtedy, że niechże mi od razu wybierze złotą suknię i srebrny kapelusz; ja i tak nigdy się nie odważę nosić tego, co on wybierze. Z nieskończoną trudnością, gdyż uparty był jak kozioł, wyperswadowałam mu, by tamto zamienił na czarny atłas i perłowopopielaty jedwab.
(…) – Niech pan nie patrzy w ten sposób – rzekłam. – Jeżeli pan nie przestanie, nigdy nie włożę na siebie nic innego oprócz starych sukienek z Lowood; do ślubu pójdę w tej lila muślinowej: może pan sobie zrobić szlafrok z tego perłowego jedwabiu i nieskończoną ilość kamizelek z czarnego atłasu!
– Och, warto ją widzieć i słyszeć – zawołał. – Czyż nie jest oryginalna? Czy nie jest z niej filutka? Nie zamieniłbym tej jednej angielskiej dziewczyneczki za cały seraj sułtana, za wszystkie oczy gazel i kształty hurysek!<
Ta wschodnia aluzja nie podobała mi się znowu.
– Ja panu bynajmniej nie myślę stwarzać seraju – powiedziałam.- Nie uważam siebie za coś równoznacznego. Jeżeli się panu zachciewa czegoś w tym rodzaju, niech pan co prędzej śpieszy do bazarów w Stambule i tam zużyje na zakup niewolnic te niepotrzebne pieniądze, których tu widocznie nie ma pan na co wydać.
– A co ty będziesz robiła, Żanetko, podczas gdy ja będę zakupywał tyle a tyle ton mięsa i tyle a tyle czarnych oczu?
– Będę się przygotowywała na misjonarkę, by głosić wolność niewolnicom, mieszkankom pańskiego haremu między innymi.”
Bolerko – H&M
Bluzka – Dorothy Perkins
Spódnica – Parvati
Torebka – vintage
Buty – Ryłko
Fryzura – podpatrzona u Mademoiselle Emnildy :)
Z radością przedstawiam Wam ulubiony strój na początek jesieni oraz ukochaną powieść, „Dom duchów”. Skojarzył mi się z nią zestaw nasycony kolorami, bogaty, słodki i nieco melancholijny – nazwałam go na własny użytek flamenco boho – czyli taki, jak powieści chilijskiej pisarki Isabel Allende, mojej najulubieńszej przedstawicielki realizmu magicznego.
Oddajmy głos czarodziejce Isabel:„Zaczęłam pisać z pomocą dziadka, którego pamięć, mimo dziewięćdziesięciu lat, aż do ostatniej chwili pozostała nietknięta. Własnoręcznie napisał kilka stron i gdy uznał, że powiedział wszystko, położył się w łóżku Clary. Usiadłam obok, czekając razem z nim na śmierć, która nadeszła po cichu i zaskoczyła go podczas snu. Być może śniło mu się, że to żona gładzi jego rękę i całuje w czoło, ponieważ w ostatnich dniach nie opuszczała go ani na chwilę, chodziła za nim po domu, zaglądała mu przez ramię, gdy czytał w bibliotece, i szła z nim spać, kładąc mu na ramieniu swoją śliczną głowę z koroną kędziorów.  

Początkowo była tylko tajemniczym blaskiem, ale gdy dziadkowi przeszła raz na zawsze złość, która dręczyła go przez całe życie, stała się taka sama jak w najlepszych czasach – śmiała się, szczerząc wszystkie zęby i w przelocie mąciła spokój duchów. Ona też pomagała nam pisać i dzięki jej obecności Esteban Trueba umarł szczęśliwy, szepcząc jej imię – Claro, najjaśniejsza, jasnowidząca.”

Ale w subtelny i kruchy świat duchów gwałtownie wdziera się historia:

„Przyszłam powiedzieć, żebyś uważała na siebie, moje dziecko – powiedziała Luisa Mora, gdy już wytarła łzy, które popłynęły jej ze wzruszenia. – Śmierć depcze ci po piętach. Twoja babka Clara chroni cię z zaświatów, ale kazała mi powiedzieć, że duchy opiekuńcze są nieskuteczne w przypadku wielkich kataklizmów. Byłoby dobrze, gdybyś udała się w podróż, wyjechała za morze, gdzie byłabyś bezpieczna.


Senator Trueba, słysząc to, stracił cierpliwość i nabrał pewności, że ma przed sobą starą wariatkę. W dziesięć miesięcy i jedenaście dni później, gdy po godzinie policyjnej Albę zabierano z domu, miał sobie przypomnieć proroctwo Luisy Mory.”

Magia, miłość, historia i polityka – ale także apoteoza mądrości i siły kobiet oraz potęgi kobiecości – to główne tematy powieści Isabel Allende, czyniące z niej jedną z moich ulubionych powieściopisarek:

„Rozmawiałyśmy do rana. Była to jedna z tych spokojnych i praktycznych kobiet naszego kraju, które z każdym mężczyzną przechodzącym przez ich życie mają dziecko, a ponadto przygarniają dzieci porzucone przez innych, a także najuboższych krewnych i w ogóle każdego, kto potrzebuje matki, siostry, ciotki; są one filarem życia wielu innych ludzi, chowają dzieci, które też od nich odchodzą, a mężczyznom, którzy je opuszczają, nie czynią wyrzutów, gdyż mają inne, pilniejsze sprawy. Wydawała mi się taka sama jak wiele innych, które poznałam w stołówkach ludowych, w szpitalu wuja Jaime, w wikariacie, dokąd przychodziły pytać o zaginionych, w kostnicy, gdzie szukały zabitych. Powiedziałam, że udzielając mi pomocy wiele ryzykuje, a ona się uśmiechnęła. Wtedy zrozumiałam, że dni pułkownika Garcii i innych takich jak on są policzone, ponieważ nie udało im się zniszczyć ducha tych kobiet.”

Wśród bohaterów powieści są postaci historyczne – Prezydent, czyli Salwator Allende (wuj pisarki), obalony przez Pinocheta. Bodaj jedyny socjalistyczny przywódca państwa, który uzyskał władzę w demokratycznych wyborach; a także Poeta – noblista Pablo Neruda. Autorka podkreśla, że „Dom duchów” jest powieścią w dużej mierze autobiograficzną. Zostaje w niej opowiedziana historia czterech kobiet – Nivei, Clary, Blanki i Alby, matek, córek, żon i kochanek, na tle bolesnej historii Chile w XX wieku. Narratorką jest młoda opozycjonistka, która ze wspomnień dziadka Estebana i pamiętników babki Clary układa historię własnej rodziny. Jak pisze na ostatnich stronach powieści:

„W pewnych chwilach wydaje mi się, że już to kiedyś przeżyłam i napisałam te same słowa, lecz mam świadomość, że to nie ja – to inna kobieta zapisała je w swoich pamiętnikach, abym mogła z nich skorzystać. Piszę – napisała – bo pamięć jest ulotna, a żyje się bardzo krótko i wszystko dzieje się tak szybko, iż nie potrafimy dostrzec związku między wydarzeniami i ocenić konsekwencji czynów, wierzymy w fikcję czasu, w teraźniejszość, przeszłość i przyszłość, ale być może wszystko dzieje się jednocześnie, jak to mówiły trzy siostry Mora, które widziały w przestrzeni duchy wszystkich czasów. Dlatego babka Clara pisała pamiętniki: aby widzieć wydarzenia w ich realnym wymiarze i okpić złą pamięć. Teraz szukam w sobie nienawiści i nie mogę jej znaleźć. Czuję, że gaśnie, w miarę jak tłumaczę sobie istnienie pułkownika Garcii i jemu podobnych, jak staram się zrozumieć dziadka i dowiaduję się o wielu rzeczach z zeszytów Clary, z listów matki, z ksiąg prowadzonych w Las Tres Marias i z tylu innych dokumentów, które leżą teraz na stole, w zasięgu mojej ręki. Będzie mi bardzo trudno pomścić tych, którzy powinni być pomszczeni, ponieważ moja zemsta byłaby tylko kolejnym ogniwem bezlitosnego rytu. (…)


Babka pisała pamiętniki przez pięćdziesiąt lat. Ukryte przy współudziale niektórych duchów, uratowały się cudem przed stosem hańby, na którym spłonęło tyle innych papierów rodzinnych. Leżą u moich stóp powiązane kolorowymi wstążkami, ułożone zgodnie z porządkiem rzeczy, a nie chronologią – tak jak je zostawiła. Pisała je po to, abym mogła teraz przypomnieć minione wydarzenia i przetrwać mój własny strach.”

Resztę przeczytajcie same. :)