Wrzesień 2009

3 articles in Wrzesień 2009
Rokokowe buty Szmaragdy: trzewiki Ryłko
Tytułowy cytat to słowa, jakimi Choderlos de Laclos charakteryzuje rokokowego kochanka, Valmonta. W moim przypadku można je odnieść do bliskiego mi stylu, który również nazywam rokokowym.
Lubię pewien nieprzyzwoity przepych stroju, kwiatowe wzory, kokardki, koronki, szerokie rękawy, powłóczystości i fikuśności. Nie sposób ubierać się tak na co dzień, dlatego stylowi trudno dochować wierności. A że rzucić niebezpiecznie? Co prawda nie obawiam się zemsty ze strony koronkowej bluzki, ale raczej napadu beznadziejnej tęsknoty. 😉
Strój dopasowywałam do butów. Wyciągnęłam ze świeżo zakupionych trzewików skromnie ukrytą wstążkę i pozwoliłam jej pokazać się w pełnej krasie. Jedynym ustępstwem na rzecz umiaru jest zamiana spódniczki z koronką na prostą kopertówkę pokazaną w poprzednim poście.

Strój klimatem przypomina mi kreacje bohaterów najsłynniejszej powieści francuskiego rokoka, Niebezpieczne związki. Dzieło Laclosa pokazuje, że najbardziej charakterystyczny dla tej szalonej epoki był nadmiar – doznań i wrażeń, emocji i kalkulacji, seksu i intryg. Nic nie działo się naturalnie. Miłosna noc kochanków była, podobnie jak akt zemsty, precyzyjnie zaplanowaną operacją, przeprowadzona z największą dbałością o detale. Wyraz świadomości epoki dają także stroje – ogromne peruki, nienaturalne makijaże, suknie będące dziełami sztuki, zdobione pantofelki na zabójczych obcasach…


Niebezpieczne związki w udanej ekranizacji Stephena Frearsa

Oto, jak główna intrygantka Laclosa, Markiza de Marteuil, charakteryzuje inną kobietę (dodajmy – rywalkę):

„Cóż ty widzisz w tej kobiecie? Rysy regularne, jeżeli chcesz, przyznaję, ale bez cienia wyrazu; nieźle zbudowana, ale bez wdzięku, ubrana wprost śmiesznie! Te chusteczki, które opatulają jej piersi, ten biust sięgający gdzieś pod brodę! Powiadam ci, jako przyjaciółka: wystarczyłoby ci mieć już nie dwie, ale jedną kobietę tego pokroju, by stracić całą reputację. Przypomnij sobie tylko dzień, w którym ona kwestowała u Św. Rocha, kiedy tak dziękowałeś mi, że ci dostarczyłam tego widowiska. Widzę ją jeszcze, jak się prowadzi pod rękę z tą długowłosą tyczką, gotowa przewrócić się przy każdym kroku, jak wiecznie zawadza o czyjąś głowę swym łokciowym robronem, jak się rumieni przy każdym ukłonie! Któż by wówczas powiedział, że tobie się zachce kiedyś tej kobiety? Ech, wicehrabio! Ty sam zarumień się ze wstydu i opamiętaj się zawczasu. (…) Co za rywala wypadnie ci zwalczać? – Męża! Czy nie upokarza cię już samo zestawienie? Cóż za hańba, jeżeli poniesiesz klęskę, a w razie zwycięstwa jak mało zaszczytu! Więcej powiem: nie spodziewaj się żadnej przyjemności. Czyż można zaznać jej ze skromnisiami? Mówię oczywiście o szczerych: czyste nawet w godzinie upojenia, zawsze dadzą ci tylko jakieś pół rozkoszy. (…) Wierzaj mi, wicehrabio, gdy kobieta „zapuści” się do tego stopnia, trzeba ją zdać jej losowi; na zawsze zostanie tylko kwoczką.”

A tak libertyn broni swojej namiętności:

„Zarzucasz jej, że się źle ubiera; chętnie wierzę: wszelkie ubranie jej szkodzi, wszystko, co ją zakrywa, ujmuje jej wdzięku. Dopiero w prostocie domowego stroju staje się naprawdę czarująca. Dzięki straszliwym upałom, jakie nam tu dokuczają, zwykły szlafroczek płócienny pozwala mi podziwiać jej krągłą i gibką kibić. Cieniutki muślin zaledwie przysłania piersi; spojrzenia moje, przelotne, lecz bystre, zdołały już ogarnąć ich niezrównane kształty. Twarz, powiadasz, nie ma wyrazu. I cóż miałaby wyrażać, gdy nic nie przemawia do jej serca? Nie, to pewna, nie spotkasz u niej, jak u naszych zalotniś, owego kłamliwego spojrzenia, które czaruje nas niekiedy, a zawodzi zawsze. Ona nie umie pokrywać pustki zdawkowych wyrazów wyuczonym uśmiechem; chociaż posiada ząbki najładniejsze na świecie, śmieje się tylko z tego, co ją bawi. Ale trzeba widzieć w czasie najniewinniejszej igraszki, ile w tej twarzy odbija się naiwnej i szczerej wesołości! Jak wobec nieszczęśliwego, któremu śpieszy z pomocą, spojrzenie jej zwiastuje czystą radość i dobroć tak pełną współczucia! Trzeba widzieć przede wszystkim, jak przy najmniejszym słowie pochwały lub komplementu maluje się na jej niebiańskij twarzy cudowne zakłopotanie zgoła niepodrabianej skromności!… jest skromna i nabożna: stąd wnosisz, iż musi być zimna i bezduszna? Ja myślę zupełnie inaczej. Jakież dary tkliwości trzeba posiadać, aby je przelewać aż na własnego męża i kochać stale przedmiot stale nieobecny?”

Prawda, że Niebezpieczne Związki to bardzo pouczająca lektura?


W szampański nastrój wprawiła mnie włóczęga po galerii handlowej i wydanie lekką rączką sporej sumy na buty i fatałaszki. Czuję się przekorna, lekkomyślna i zaaferowana głównie tym, co z czym połączyć i jakiego koloru bolerko wybrać w haemie. Istna rokokowa dama, tylko, cholera, brak mi posiadłości z wielką garderobą, pokojówki i rodzinnego majątku przede wszystkim.
Wkrótce przyjdzie opamiętanie i może nawet wyrzuty sumienia, ale dziś świętuję zauważalne powiększenie szafy. Dlatego nie wysilam się na literacki esej (ale obiecałam sobie, że zakupione dziś rzeczy zaprezentuję dopiero wówczas, gdy skojarzą mi się z odpowiednią powieścią) i jako komentarz wrzucam cytat poświadczający kobiecą lekkomyślność zakupową:

„Pewnego czerwcowego dnia wybrali się motorówką wzdłuż brzegów jeziora. Przez godzinę łowili ryby w małym strumyku i tam zostawili łódź. Potem pieszo przeszli lasem dwie mile dzielące ich od Port Lawrence. Valancy chodziła po sklepach i kupiła sobie parę wygodnych bucików. Stare nagle się rozleciały i musiała nałożyć eleganckie, sznurowane lakierki na dość wysokich obcasach. Czasami nosiła je w domu wieczorem, ale pierwszy raz włożyła wychodząc na dwór. Chodzenie po nierównym gruncie okazało się trudne i Barney kpił z niej bezlitośnie. Jednak Valancy, mimo niewygody, skrycie lubowała się widokiem zgrabnych stóp w takich ślicznych, choć niepraktycznych bucikach. Dlatego nie zdjęła ich w sklepie i nie włożyła nowych, „rozsądnych” pantofli na niskim obcasie.”

Pani La Mome bez problemu rozpozna ten fragment. :) Kto jeszcze?


Chwila wytchnienia w Empiku. A w tych butach onegdaj przedsięwzięłam kilkukilometrowy spacer do Manufaktury. Wracałam w podartych pończochach, radośnie majtając szpilkami trzymanymi w ręku i powtarzając uparcie, że nie, wcale nie chcę, żebyśmy dzwonili po taksówkę.
Syndrom Valancy?

*Z mądrości znalezionych w internecie, chyba na jakimś forum.


Najbardziej młodopolska dama polskiego szafiarstwa (nowe wcielenie Dagny Juel?), Mademoiselle Emnilda, wciągnęła mnie do zabawy pt. 10 faktów z mojego życia.
A zatem:

1. Jestem uzależniona od serialu True Blood. Wcześniej podobną namiętnością darzyłam Twin Peaks.


2. Piszę doktorat z teorii literatury, ale ukrywam fakt, że nieczęsto czytam powieści napisane w ciągu ostatnich 100 lat (z wyjątkiem fantasy oraz realizmu magicznego).




3. Jestem przekonana, że w jednym z poprzednich wcieleń żyłam jako Hinduska.

4. W związku z tym muszę podziwiać Shahrukh Khana, w czym jestem zupełnie osamotniona

5. Darzę niezdrowym uwielbieniem wszystko, co rośnie i kwitnie. Marzę o wielkim tajemniczym ogrodzie – takim, jaki Mary Lennox odkryła w parku Cravenów. 6. Mam dużą wadę wzroku. Na mojej pierwszej randce pewien chłopiec zabrał mnie do kina na Titanica, ale próżność nie pozwoliła mi założyć okularów. Z czułych wyznań Leo i Kate nie uświadczyłam ani linijki…

7. Gdyby Terry Pratchet nie istniał, należałoby Go wymyślić! Wciąż mam nadzieję, że kiedyś naprawdę spotkam Samuela Vimesa, Babcię Weatherwax, Moista von Lipviga czy Havelocka Vetinariego.


8. Jestem nieustanną poszukiwaczką rzeczy zagubionych. Mam na sumieniu dziesiątki spinek, wstążek, apaszek, rękawiczek i parasoli.

9. Od 15 do 25 roku życia byłam wegetarianką.

10. Nie wyobrażam sobie jazdy samochodem bez radia. Mój towarzysz podróży jest czasem u kresu wytrzymałości słuchowej. Twardo trzymam się zasady eius auto, ego radio, ale On usiłuje przeforsować poprawkę pt: trzymający kierownicę rządzi.



Bardzo bym chciała, by o 10 faktach ze swojego życia opowiedziała Morven.