Sierpień 2009

3 articles in Sierpień 2009

Skoro na potrzeby poprzedniego wpisu odgrzebałam twórczość Montgomery, pozwolę sobie sięgnąć sięgnąć do niej raz jeszcze, tym razem po to, aby wykazać pokrewieństwo (nie tyle „dusz”, co gustów) z oryginalną przyjaciółką pewnej młodej pisarki z kanadyjskiej prowincji, Ilzą Burnley. Ilza całą sobą – strojem, zachowaniem i prowokującymi wypowiedziami – rzuca wyzwanie wiktoriańskiej społeczności, w której żyje. W przeciwieństwie do dumnej i doskonale wychowanej Emilki, bywa nieobliczalna. A jak się ubiera! Dziwacznie wyglądająca dziewczynka wyrasta na wyjątkowo oryginalnie ubierającą się kobietę:


koszula – Parvati
tunika – second hand
spódnica – Parvati
baletki – Ecco
„Była wciąż tą samą przemiłą, roześmianą, postrzeloną dziewczyną, a jej strój jak dawniej rzucał wyzwanie ogólnie przyjętym kanonom. Miała na sobie niezwykłą, żółto-zielonkawą suknię, a przy pasku i na ramieniu po wielkiej, różowej peonii. Jej kapelusz był jasnozielony, ozdobiony wiankiem różowych kwiatków. W uszach kołysały się duże, perłowe koła. Był to przedziwny strój i nikt prócz Ilzy nie mógłby go nosić z powodzeniem”.

Syndrom Ilzy Burnley dopada mnie najczęściej wtedy, kiedy mam ochotę ubrać się w jakiś konkretny sposób, ale czegoś mi brakuje. W tym przypadku odezwał się brak pasującej do tuniki krótkiej spódnicy.

Czarno-biała tunika najlepiej wygląda bez dodatkowych ubrań. Niestety, nagły atak nieśmiałości nie pozwolił mi pokazać aż tyyyyyyyyle nóg, stąd ulubiona maxi spódnica, a na wierzch – horrendum! – fioletową koszulę z czarną kratę, ozdobioną żabotem i na pewno nie przeznaczoną do noszenia jako okrycie wierzchnie. Efekt – wzór na koszuli gryzie się z wzorem na tunice, wszystko wystaje spod wszystkiego dając dość wstrząsający efekt, a ja jestem zachwycona.



Jeszcze jedno – Ilza, mimo swojego zadziwiającego gustu w doborze fasonów, kolorów i dodatków, wygląda świetnie, choć – jak podkreśla narratorka powieści – nikt prócz niej nie mógłby się tak ubrać. Ja zaś… oddaję się Wam pod sąd!
 
Kiedy minionej zimy pracowałam przez chwilę jako dziennikarka, zdarzyło mi się przeprowadzać wywiad ze znanym fryzjerem (przepraszam, stylistą fryzur 😉 ), który zapewniał mnie, że latem we włosach będą królować kwiaty. Widuję je na spinkach, opaskach (uroczy pomysł!) i wstążeczkach, ale, niech to dunder świśnie, sztuczne. A sam zwrot sztuczne kwiaty brzmi dla mnie oksymoronicznie, nieprzyzwoicie i żałośnie. Choć przyznam, że czasem lubię sobie przypiąć kawałek kolorowej tkaniny imitującej jakąś zieleninę, to do prawdziwych kwiatów ma się to jak Inka do Lavazzy.

A że żywe kwiaty we włosach mogą się wydawać egzaltowane?

To jak już być pretensjonalnym, to na całej linii. Dlatego przy prezentacji róż w lokach i na gorsie pozwolę sobie przywołać fragmenty powieści Lucy Maud Montgomery, którymi zachwycało się i wzruszało wiele dzisiejszych aktywistek i postmodernistek, nawet jeśli niektóre z nich nie przyznałyby się do tego pod groźbą tortur.
 
 
 
Maud czytam do dziś i chętnie, także dlatego, że tęsknię do czasów kwiatów we włosach, jedwabnych sukienek i kunsztownych fryzur:

„Wyszła na spacer z gołą głową, wpiąwszy we włosy małą, żółtą, gwiaździstą chryzantemę. Po dłuższym namyśle włożyła bladożółtą jedwabną sukienkę. Wydawało się jej, że wygląda bardzo ładnie, ale czy to miało znaczenie, skoro Ted nawet tego nie zauważył? Z lekkim buntem pomyślała, że jej wygląd zawsze był dla niego czymś oczywistym. Dean Priest natomiast z pewnością zwróciłby uwagę na jej strój i wypowiedział jakiś subtelny komplement.”

„Spinka z kryształami górskimi — klejnoty dobrze wyglądały we włosach Emilki — dodawała blasku nowej, bardzo twarzowej sukni ze srebrzystozielonkawej koronki na jasnoniebieskiej podszewce. Panna Royal przysłała ją z Nowego Jorku, ale ciotki bynajmniej nie były zachwycone. Zieleń i błękit to takie dziwaczne połączenie. I w dodatku suknia była skąpa. Ale Emilka wyglądała w niej wprost niezwykle. Kuzyn Jim spojrzał na subtelną, promienną dziewczynę o oczach jak gwiazdy, stojącą w blasku świec w starej kuchni i zwierzył się później żałośnie ciotce Laurze:
—W tej sukni ona już nie należy do nas.
— Wygląda w niej jak aktorka — stwierdziła lodowato ciotka Elżbieta”

Kiedy kilkanaście lat wcześniej Ania Shirley oczarowywała Gilberta Blythe’a, także miały w tym swój udział kwiaty i jedwabie:

„Właściwie jeszcze kilka dni temu suknia ta była zupełnie skromna — zwykły żółtawy jedwab, pokryty szyfonem. Iza jednak tak długo nalegała, aż Ania pozwoliła jej cały szyfon wyhaftować małymi pączkami róż. Teraz sukienki tej mogła pozazdrościć Ani największa elegantka w Redmondzie. Nawet Ala Boone, która sprowadzała sobie suknie z Paryża, przyglądała się z podziwem Ani wchodzącej do sali w Redmondzie. Biała orchidea, wetknięta we włosy, dopełniała stroju.”

„— To na dzisiaj przygotowujesz tę suknię? — zagadnął Gilbert wskazując zwój batystu spoczywający na kolanach Ani. — Tak. Prawda, że ładna? We włosach będę miała astry.”

Kwiaty nosiła jeszcze najmłodsza córka Ani, Rilla, w roku 1914:

„Rilla wychyliła się przez okno swego pokoju, ubrana na zabawę. Żółty bratek wysunął się z jej włosów i upadł na trawę, niby złocista spadająca gwiazda. Chciała go podnieść, lecz pomyślała, że nie warto, bo przecież panna Oliver całe mnóstwo bratków wpięła w jej włosy.”

Niestety, młodsze bohaterki Maud będą, jak Patrycja Gardiner, obcinać włosy krótko, a kwiaty podziwiać tylko w ogrodzie.

Może szkoda?

Kolejną wyprawę w przeszłość zafundowała mi znaleziona w second handzie sukienka. Jasnobeżowy materiał w pomarańczowe kwiatuszki, kopertowy krój, ulubiona długość – od razu przypadłyśmy sobie do gustu. No i wieczny sentymentalizm – kiedyś, chyba jako kilkulatka, musiałam mieć coś podobnego. Sam dotyk materiału wywołuje bliżej nieokreślone wspomnienia.


Pierwszy raz założyłam ją upalnej niedzieli, co przywołało wspomnienie powieści, którą zapamiętałam głównie z leniwego nastroju. Bohaterowie, pod rozgrzanym niebem Ameryki początku lat 20-tych ubiegłego wieku, przeżywają swoje wielkie namiętności i tragedie. Zamożni, zepsuci i zblazowani, cierpią w luksusowych warunkach, osładzając sobie życie wielkoświatowymi rozrywkami.

 

Powyżej – a’la cross-processing.

Choć elegancie suknie, kapelusze i rękawiczki (a zwłaszcza perły 😉  ) głównej bohaterki powieści F. Scotta Fitzgeralda Wielki Gatsby, nie mają wiele wspólnego z moją bawełnianą sukienką, to czuję się w niej tak komfortowo, że na chwilę rozumiem Daisy, która – świadoma swojego wdzięku – pozwala sobie na spojrzenia, uśmiechy i szepty, nie mające na celu nic poza kokieterią.

Zastanawia mnie, jaka mogła być rzeczywistość, która stworzyła taką dziewczynę:

„Ubierała się na biało, miała mały, biały kabriolet, jej telefon urywał się od rana do wieczora, oblężony przez młodych i podnieconych oficerów Camp Taylor, którzy dobijali się o zaszczyt spotkania jej wieczorem, gdziekolwiek, choćby na godzinkę.”

Za całą wiedzę życiową starcza Daisy przekonanie, że bogate dziewczyny nie wychodzą za biednych chłopaków. Nieszczęśliwa, po pięciu latach będzie płakała wtulona w luksusowe koszule Gatsby’ego. A los nie pozwoli naprawić starych błędów, choćby przetrwała dawna miłość.

„Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość”, konstatuje banalnie narrator powieści, która nawet nie należy do moich ulubionych.

Ale złote popołudnie ma swoje prawa, o czym możecie przeczytać choćby w kapitalnym opowiadaniu Andrzeja Sapkowskiego, od którego pożyczyłam tytuł dzisiejszej notatki.

Ramię w ramię z amerykańską boginią Gatsby’ego mogłaby kroczyć panna Izabela Łęcka, której nieszczęsny wielbiciel popełniał te same błędy, co bohater Fitzgeralda. Obaj też nie pojęli najprostszej prawdy, którą narrator ujmuje w jednym zdaniu:

„Nawet w ciągu tego popołudnia musiały być takie chwile, w których Daisy nie dorastała do jego marzeń, i nie ona była temu winna, tylko ogromna siła jego wyobraźni”.